|
Po wysokim zwycięstwie w meczu z drużyną z Kowna, wydawało się, że łęczycanie nie będą mieli większych problemów z pokonaniem Nikars Ryga. Zwłaszcza, że Łotysze zostali sromotnie pobici 10:1 przez gospodarzy turnieju.
Wystarczyły jednak 24 godziny, aby oba zespoły przeszły zaskakującą metamorfozę.
- Przestrzegałem zawodników, że to może być ciężki mecz, że Łotysze mają nóż na gardle i będą walczyć do ostatniej sekundy. Porażka przecież eliminowała ich z turnieju - mówi Wiktor Napióra, manager Hurtapu.
Początek I połowy nie zapowiadał kłopotów naszego zespołu.
- W trzeciej minucie Tkaczenko strzelił gola i wydawało się, że padną następne. Mieliśmy mnóstwo sytuacji bramkowych, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Powinniśmy do przerwy prowadzić kilkoma bramkami, a tymczasem było tylko skromne 1:0 - mówi Wiktor Napióra.
Na początku II połowy piłkarze z Rygi strzelili wyrównującą bramkę.
- Nasi piłkarze zaczęli grać bardzo nerwowo. Chcieli za wszelką cenę strzelić gola, ale doskonale bronił łotewski bramkarz. Tracili piłkę, a potem faulowali. Szybko wyczerpaliśmy limit fauli i każdy następny groził przedłużonym rzutem karnym. Tak też się stało i Łotysze, po rzucie karnym objęli prowadzenie - dodaje manager Hurtapu.
Daniel Krawczyk zdobył wyrównującego gola, ale Łotysze znów wyszli na prowadzenie. Trener Antos wycofuje bramkarza i wprowadził do gry dodatkowego zawodnika. Kilka sekund później Krawczyk trafił i mieliśmy remis 3:3. Niestety faul popełnił Artem Kovalov i Łotysze zdobyli gola z przedłużonego rzutu karnego. Do końca meczu pozostało 30 sekund. Znów wycofaliśmy bramkarza, ale wynik nie uległ już zmianie.
- Przyczynę porażki upatruję w zlekceważeniu rywali. Zawodnicy wyszli na parkiet bardzo pewni siebie. Myśleli, że zwycięstwo samo przyjdzie, a Łotysze będą takimi przysłowiowymi chłopcami do bicia. Stało się inaczej. Moich piłkarzy ogarnął jakiś letarg po strzeleniu gola. Nerwy zawsze są złym doradcą i tak stało się w tym spotkaniu. Zawodnicy myśleli, że już mają wygrany mecz. Teraz czeka nas dzień przerwy, a potem walka z gospodarzami turnieju. Szansa na awans istnieje, ale jestem co do tego bardzo umiarkowanym optymistą - mówi Wiktor Napióra.

komentarze (1)
rozwiń